piątek, 18 kwietnia 2014
czwartek, 17 kwietnia 2014
Zielony Czwartek
Dziś Gründonnerstag czyli "zielony", a w Polsce Wielki Czwartek. Wielki Piątek to tu Karfreitag ("smutny piątek") i dzień wolny od pracy. Pewnie większość ludzi w jakiś sposób zajęta przygotowaniami do świąt więc się nie rozpisuję tylko wrzucam parę zdjęć - miejscowa tradycja - dekorowanie studni, pomp, fontann przez dzieci z okolicznych szkół.
niedziela, 13 kwietnia 2014
To już niedziela palmowa

Wielkanoc za pasem, ze sklepów znikają resztki słodyczy jajokształtnych, w domy się dekorują (u Frau Anity już od paru tygodni zajączki i jajka w każdym kątku), a ja w tym roku coś niegotowa jakoś... Przytargałam z piwnicy swoje dekoracje i zaczynam powoli wyciągać, bez entuzjazmu jednak. Trochę chyba mi się już znudziło to bycie na bieżąco. I na święta się specjalnie nie szykuję. Tym bardziej, że częściowo będę musiała pracować.

Niemiecka służba zdrowia 2
![]() |
| Praktyka państwa Anny i Marka Olszewskich w Rütenbrock |
Kolejnym ważnym miejscem jest recepcja (rejestracja). Pracuje tu zazwyczaj kilka asystentek (w sumie nie mam pojęcia jakie wykształcenie jest tu wymagane), które kierują przyjmowaniem pacjentów, ale nie tylko. Umawiają terminy, obierają telefony, skanują karty ubezpieczeniowe, drukują recepty, skierowania, zaświadczenia (niektóre są płatne). Kiedyś pobierały opłaty kwartalne (funkcjonujące w Niemczech w latach 2004-2012 dopłaty na rzecz kas chorych obowiązujące tylko w przypadku korzystania z leczenia - kto nie chorował, nie płacił - obowiązywały do lekarzy, dentystów, psychoterapeutów i pogotowia ratunkowego, po 10 euro dla każdej z tych grup więc jeśli ktoś nie miał szczęścia był zmuszony zapłacić aż 40 euro; zniesione w konsekwencji poprawy kondycji finansowej kas chorych). Zaprowadzają pacjentów do gabinetów, przygotowują do ewent. badań (część z nich też wykonują), przygotowują dokumentację (karty pacjentów lub dane w komputerze), ale też pobierają krew, dają zastrzyki, szczepią, ważą, mierzą, opatrują, obsługują przyrządy zabiegowe i pewnie robią dużo więcej (czego pacjenci nie widzą) aby lekarz miał komfort zajmowania się swoją pracą i nie musiał rozpraszać się na inne działania (jak np polscy lekarze, nie wiem na ile zmieniło się pod tym względem wciągu ostatnich lat). Przechodzi z jednego do drugiego gabinetu, gdzie już czeka pacjent. "Po drodze" podpisuje przygotowane zaświadczenia i rzuca okiem na dokumentację oczekującego, by móc przywitać go po nazwisku i sprawiać wrażenie że doskonale go pamięta.
Dzięki takiemu zapleczu i możliwości diagnozy na miejscu lekarz domowy leczy sam wiele schorzeń bez konieczności odsyłania do specjalisty. Leczy ucho, "korzonki", tarczycę, nerki, serce, "nerwy" itd.
U specjalistów organizacja jest podobna. U okulisty np. robią ogólne badanie wzroku, a okulista już tylko "wykańcza" i dobiera okulary. Ciekawostka - badania wzroku dla potrzeb urzędowych (np do prawa jazdy) wykonują optycy. Okres oczekiwania na wizytę u specjalisty to od kilku dni do miesiąca, w przypadku badań kontrolnych może być nieco dłuższy. Badania tomograficzne, radiologiczne czy rezonans magnetyczny wykonuje się prawie od ręki, w przypadku niezbyt pilnych przypadków czy preferencji co do terminu (np po południu, w określony dzień) może to trwać do miesiąca.
Skoro o kosztach mowa - pobyt w szpitalu kosztuje 10 euro dziennie do 28 dni w roku (powyżej jest bezpłatnie)
Za leki z listy podstawowej (większość antybiotyków, hormony itp) płaci się 5 euro, pozostałe wg cennika. Lekarze zawsze informują o płatności za leki i na ogół przepisują te tańsze.
Do samej pracy lekarzy nie mam zastrzeżeń. Pewnie bywa różnie, ale ja nie spotkałam niesolidnych. Z tego co zaobserwowałam, ,lekarze tutaj pracują może i w większym komforcie ale równie ciężko jak gdzie indziej. Mam wrażenie, że Niemcom wciąż brakuje lekarzy (na studia medyczne dostać się tu bardzo trudno) i pracuje tu wielu obcokrajowców, w tym i Polaków. W moim regionie, promieniu 40 km kw znam troje lekarzy domowych i jedną lekarkę internistkę pracującą jako "Oberarzt" w miejscowym szpitalu.
W większych ośrodkach ta wielonarodowość zarówno wyższego jak i średniego personelu medycznego jest jeszcze bardziej widoczna.
Wydaje mi się, że panuje tu znaczna tolerancja dla alternatywnych metod leczenia i innej medycyny (ayurvedy czy chińskiej). Obok szpitala przyjmują uzdrowiciele, słyszałam o powstaniu kliniki ayurvedyjskiej, lekarze miewają dodatkową specjalizację np z akupunktury.
No i wystarczy tego. Może kiedyś jeszcze wrócę do tematu (np stomatologii bo to trochę inna historia)
Ciekawy link: http://joemonster.org/art/25683
piątek, 11 kwietnia 2014
Niemiecka służba zdrowia
Niektórzy uważają, że jest najlepsza na świecie - co może być konsekwencją stopniowania przymiotników - gut - besser-deutsch (dobry-lepszy-niemiecki). Nie podzielam aż takiego zachwytu, jak we wszystkim są plusy i minusy.
Szpital w Haseluenne od strony rzeki Hase
Podstawowy kontakt to lekarz domowy (Hausarzt) przyjmujący we własnej "Praxis". Ma dużo więcej możliwości i zasięg świadczonych usług medyczny niż polscy lekarze pierwszego kontaktu. Przeciętna "Praxis" składa się z kilku gabinetów (co najmniej 2),w których przyjmuje lekarz, wyposażonych w usg, pokój badań (dodatkowe przyrządy diagnostyczne np ekg), gabinet zabiegowy, mini-laboratorium i punkt pobierania krwi, podstawowe urządzenia do fizykoterapii (naświetlań, nagrzewań, prądów itp, mój lekarz posiada 3 takie stanowiska), recepcji i poczekalni.
Zacznę od poczekalni, bo to akurat moje zaskoczenie na minus. Do lekarza dostaje się termin (to zadanie recepcji, ale o tym potem) z dokładnie określoną godziną i tu klapa... nie ma to nic wspólnego z czasem przyjęcia przez lekarza. Trzeba czekać czasem i ok. 2 godzin! Kolejne zaskoczenie - Niemcom to jakoś w ogóle nie przeszkadza, cierpliwie siedzą i czekają. Nikt się nie buntuje, ani nie awanturuje.
Nie mam pojęcia po co więc są te terminy. Jakiś rodzaj umowy z przymrużeniem oka? Mnie to denerwowało. Kiedy sama pracowałam w służbie zdrowia byłam w swojej poradni prekursorką terminów z określoną godziną z troski o komfort pacjentów i własny oraz z szacunku dla czasu. Jeśli zdarzały się "poślizgi", czego nie da się uniknąć, pacjentowi należała się informacja o tym, przeprosiny i możliwość decyzji czy będzie czekał.
Tu nic takiego się nie dzieje. Co najwyżej lakoniczna informacja "To może potrwać". A terminy są określane bardzo precyzyjnie: 11.45 np. Kiedy próbowałam się dowiedzieć czy nic się nie da z tym zrobić, jakoś urealnić terminów, delikatnie dano mi do zrozumienia, że jeśli mi się nie podoba mogę poszukać takiego lekarza, u którego się nie czeka, bo ponoć i tacy są. I że za to odpowiedzialni są pacjenci, którzy przychodzą bez terminu ("bezterminowi" są proszeni o zgłaszanie się w określonych porach, czego podobno nie przestrzegają). Kiedy mnie się zdarzało przychodzić bez umówienia (ale w dobrej porze) byłam pouczana, że należy najpierw zadzwonić, bo wtedy się dowiem kiedy najlepiej przyjść. Tylko po co skoro i tak to nie ma żadnego znaczenia?
Najbardziej kuriozalne w tej kwestii był termin u chirurga szczękowego, w miasteczku odległym o 20 km, umówiony telefonicznie (z podaniem powodu skierowania), określony (a jakże) 12.40. Po 1,5 godzinnym czekaniu i dostąpieniu wreszcie zaszczytu przyjęcia wizyta trwała ok 1 min. i polegała na spojrzeniu na skierowanie i zaleceniu żeby pójść do recepcji w celu... ustalenia terminu!
Musiałam się wiec przyzwyczaić i cieszyć z możliwości nadrobienia zaległości w czytaniu prasy kolorowej, czy dokładnego studiowania wyposażenia gabinetu.
To wg mnie wielki minus dla niemieckiej służby zdrowia i niemieckiej świetnej organizacji. Może nie zawsze i nie wszędzie jest tak, ale ja się spotkałam z tym w wielu miejscach, zarówno u lekarzy domowych, specjalistów, jak i w szpitalnych izbach przyjęć, poradniach w dużej klinice w dużym mieście. Może tak musi być i nie da się inaczej? I w tej dziedzinie polska służba zdrowia nie jest szczególnie gorsza?
Na szczęście dalej jest znacznie lepiej. Ale to już innym razem.
czwartek, 10 kwietnia 2014
Powrót?
Powrót na blog oczywiście. Dłuuuugo mnie tu nie było... Z tłumaczeń w podobnych sytuacjach najbardziej podoba mi się to Tomasza Sianeckiego, że długopis mu się wypisał - kupuję i na tym poprzestanę.
A czy na dobre powrót? Czas pokaże. Po śnie jesienno-zimowym czuję wreszcie przypływ sił więc może i na nowe refleksje nad emigracyjną codziennością.
Wiosna wczesna tego roku, przekwitają jabłonie i magnolie, lada moment wybuchną bzy i kasztany, a i konwalie nie doczekają maja.
Ptasi obłęd wyciąga koty z domu i do licznych prób przyjrzenia się temu z bliska.
![]() |
| Nawet pies sąsiadów się ciekawi |
Po takich atrakcjach czas na spanie i na "lizing"
Coraz jaśniej,
coraz ciszej,
sączy się wąziutką
strużką
promyk światła
w leśnym gąszczu
drogą krętą,
drogą jedną,
wśród tysiąca
możliwości
przebłyskiwań
i rozświetleń
sobota, 21 grudnia 2013
Subskrybuj:
Posty (Atom)


































